Przed 10 laty doświadczyliśmy „dobrej zmiany”, która obiecywała… to, co w nazwie. Dobra czy nie, ostatecznie zafundowała nam podstawę programową stanowiącą kolejny krok w utrwalaniu modelu nauczania przeładowanego treściami. Dzisiaj mamy Kompas Jutra oraz nową, iście kompleksową podstawę programową, której powstanie poprzedziła publikacja obszernego dokumentu opisującego spodziewaną sylwetkę absolwenta – jednostki autonomicznej, ufnej w swoje siły, twórczej, gotowej do sprawnego poruszania się po krajobrazie współczesnego świata. Czy nadzieje się spełnią? I czy rzeczywiście da się sterować zgodnie ze wskazaniami tego kompasu? Wiele zależy od realizatorów, czyli nauczycieli i nauczycielek.
Kolejną edycję rozporządzenia, które ustala zakres treści programowych obowiązujących w szkołach publicznych i niepublicznych korzystających z dotacji państwowych oraz – co ważniejsze – określających zakres pytań arkuszy egzaminacyjnych, ministra edukacji Barbara Nowacka zleciła Instytutowi Badań Edukacyjnych (którego status podniosła wcześniej do rangi Państwowego Instytutu Badawczego). Czemu realizację tego zadania powierzono placówce, której nazwa wskazuje bardziej na misję badawczo-naukową, a nie zapowiadaną w „100 konkretach” przedwyborczych rewitalizowaną Komisję Edukacji Narodowej, która – składając się z „ekspertów i nauczycieli” – miała „tworzyć i zatwierdzać” podstawy programowe? Bo cóż z tego, że zespoły zajmujące się tworzeniem podstaw do konkretnych przedmiotów zostały wyłonione na drodze jawnego konkursu ofert i faktycznie składają się z praktyków, skoro „eksperci i nauczyciele” wciąż mają nad sobą „czapę” w postaci ostatecznie zatwierdzającego ich pracę resortu? Miało być „odpolitycznienie”, tymczasem wyszło, jak wyszło.
W tym miejscu pojawia się jednak pytanie być może istotniejsze, a na pewno ważniejsze dla nauczycieli umęczonych zmianami: po co kolejne podstawy programowe? Jedna z moich rozmówczyń z żalem przyznała, że utrudniają one życie zaangażowanym nauczycielom: „Większość koleżanek do podstawy programowej w ogóle nie zagląda. Od zawsze korzystają z podręcznika, co najwyżej okazjonalnie ściągają dodatkowe materiały z internetu, np. z ZPE (Zintegrowanej Platformy Edukacyjnej). Wydawnictwa dodają do pakietu rozkłady materiału nauczania, które koleżanki obowiązkowo składają dyrektorce, a potem lecą rozdziałami i stronami. Ja każdą kolejną edycję podstawy czytałam, bo owszem, korzystam z podręcznika, ale twórczo, przestawiam kolejność, niektóre sekcje traktuję bardziej dogłębnie, podsuwam uczniom propozycje projektów itd. No i sama piszę rozkłady. W związku z tym jestem w pokoju nauczycielskim wyśmiewana, chociaż z sympatią. I coraz bardziej czuję się jak ten chomik, który biega w kołowrotku, bez sensu, wciąż w kółko od nowa. Teraz się dowiedziałam, że przede wszystkim muszę przyswoić część ogólną, bo to ponoć clue całego pedagogicznego wysiłku. Cóż, posłusznie otworzyłam plik. Ponad 20 stron tekstu, zapewne sensownego, ale ja miałam wrażenie, że czytam treści sformułowane na wysokim poziomie ogólności. Niektóre fragmenty są jak powtórka ze studiów, co odczytuję jako wyraz braku ufności w nasze zawodowe kompetencje, a inne są jak kwiatek przyczepiony do kożucha. Zgadzam się z malkontentami, że skoro mamy wspierać rozwój uczniowskich kompetencji i sprawczości, powinniśmy ich najpierw sami doświadczać, zamiast być pouczani co do podstawowych aspektów zawodu”.
Na pytanie: „Po co w ogóle nowa podstawa programowa?” odpowiadam cytatami z publicznych wystąpień kierownictwa resortu: „nowoczesny kształt (…) oparty na efektach uczenia się oraz doświadczeniach edukacyjnych (uczenia się poprzez działanie). (…) stawia również nacisk na nauczanie, które rozwija kompetencje uczniów, a nie tylko przekazuje wiedzę do zapamiętania”. Zgadzam się ze słusznością takiego kierunku, ale pamiętam, że to samo mówili inicjatorzy wszystkich kolejnych edycji podstawy programowej. Nie dziwota, że czuję się zdezorientowana.
Krótki kurs historii
Żeby dezorientację nieco zredukować, postaram się uporządkować oś czasu.
PRL – nie było „podstawy programowej”, ale jeden obowiązkowy we wszystkich szkołach program na bazie jednego podręcznika. Podobno ten program był „przeładowany treściami szczegółowymi” i „ideologiczne obciążony”. Pamiętam, jako uczennica, że z tym przeładowaniem nie mogło być chyba tak źle, bo wiele lekcji spędzaliśmy a to na wycieczkach, a to na dyskusjach czy praktycznych projektach (wtedy jeszcze tak się to nie nazywało, ale jak inaczej nazwać np. organizowanie przez uczniów szkolnej olimpiady historycznej czy ogólnoszkolny maraton prezentowania ulubionych lektur?). Jeśli zaś chodzi o ideologię, to wielu nauczycieli dbało o sprowadzenie nas na ziemię, robili to również nasi rodzice i to przecież nasze PRL-owskie pokolenia zrodziły KOR i Solidarność.


