Dostęp do serwisu wygasł w dniu . Kliknij "wznów dostęp", aby nadal korzystać z bogactwa treści, eksperckiej wiedzy, wzorów, dokumentów i aktualności oświatowych.
Witaj na Platformie MM.
Zaloguj się, aby korzystać z dostępu do zakupionych serwisów.
Możesz również swobodnie przeglądać zasoby Platformy bez logowania, ale tylko w ograniczonej wersji demonstracyjnej.
Chcesz sprawdzić zawartość niezbędników i czasopism? Zyskaj 14 dni pełnego dostępu całkowicie za darmo i bez zobowiązań.
Jeśli nie posłuszeństwo, to co?
Opracowała: Agnieszka Koluch-Horbowicz, trenerka Familylab, założycielka Wybieram Relację, prowadzi warsztaty, szkolenia i konsultacje w podejściu Familylab oraz NVC dla rodziców i nauczycieli, współpracuje ze szkołami i przedszkolami w Poznaniu
Znacie taki dowcip? „Synu, chciałbym, abyś w przyszłości był asertywny, pewny siebie i odważny. Ale dziś, kiedy jesteś dzieckiem, chcę, abyś był pasywny, grzeczny i podporządkowany”. Mówi on bardzo wiele o tym, w jaki sposób my, dorośli, najchętniej widzielibyśmy kwestię wychowania dzieci. Kiedy są małe – chwalimy je za potulność i uległość. Natomiast kiedy stają się starsze – zastanawiamy się, co się stało, dlaczego nie są tak przebojowe i śmiałe, jakimi chcielibyśmy, aby się stały.
Oczywiste jest to, że kiedy dzieci są grzeczne – czyli posłusznie wykonują wszystkie nasze prośby i polecenia – żyje nam się łatwiej. Dzięki temu nie spędzamy czasu na kojeniu trudnych dziecięcych emocji, takich jak smutek z powodu poczucia straty czy złość z powodu naruszonych granic. Nie zajmuje nas szukanie rozwiązań rozmaitych konfliktów, ponieważ w ogóle nie dopuszczamy do siebie możliwości ich istnienia – przyjmujemy po prostu, że ma być po naszemu. Czy dziecko, które dziś jest potulne i bardzo grzeczne, będzie jednak potrafiło w przyszłości rozwinąć w sobie asertywność i odwagę – choćby w dążeniu do postawionych sobie celów?
Jako trener i doradca rodzinny na konsultacjach i warsztatach często słyszę argumenty, z których wynika, że kiedy pozwolimy dzieciom na asertywność, to od razu „wejdą nam na głowę”, czyli będą robić to, co chcą, a być może nawet nami rządzić. Według mnie droga między zgodą na dziecięcą ekspresję własnego zdania a pozwalaniem maluchom na wszystko jest dość długa. Jak więc znaleźć granicę pomiędzy tym, by skutecznie wspierać dziecięcą pewność siebie i śmiałość, oraz tym, by uczyć dziecko uprzejmości i taktu, które niewątpliwie przydają się w życiu towarzyskim?
Jeśli naszym celem jest to, aby dzieci w przyszłości respektowały zasady społeczne, a jednocześnie potrafiły asertywnie zadbać o własne potrzeby, warto, abyśmy w procesie wychowania uwzględniali oba te aspekty. A ponieważ dzieci uczą się w dużej mierze na zasadzie modelowania postaw, warto także, abyśmy sami dawali im dobry przykład w obu tych obszarach.
Normy społeczne a przykład, który dajemy dzieciom
Chcąc nauczyć dzieci poszanowania norm społecznych, powinniśmy zastanowić się, jaki sami dajemy im przykład. Na początek zadajmy sobie następujące pytania:
• Czy nie jest tak, że pragniesz, aby dzieci dzieliły się swoimi zabawkami z innymi dziećmi, natomiast ty sam „swoimi zabawkami” (czyli telefonem czy wszystkimi innymi gadżetami, z których korzystasz) dzielisz się bardzo niechętnie lub wcale?
• Czy chciałbyś, aby dzieci z życzliwością spełniały prośby innych, podczas gdy ty sam nie spełniasz próśb, które uznasz za bezsensowne lub niezgodne z twoim systemem wartości, albo spełniasz je, ale potem wycofujesz się z relacji, w której się tak dzieje, ponieważ zaczyna być ona niewygodna?
• Pragniesz, aby dzieci ponad wszystko wykazywały się uprzejmością i taktem, podczas gdy tobie raz na jakiś czas zdarza się wybuchnąć, kiedy nazbiera ci się dużo trudnych spraw, których w porę nie zdołasz rozwiązać?
Klasycznym wręcz przykładem braku spójności między postawą, której oczekujemy od dzieci, a tym, co reprezentujemy sobą, jest sytuacja, w której Zosia wyrywa zabawkę Małgosi, a my ze złowrogą miną mówimy do Zosi: „Nie wyrywa się zabawek!”. A potem sami wyrywamy ją z ręki dziewczynki. Prawda, że nie ma w tym absolutnie żadnej konsekwencji?
Kiedy próbujemy za pomocą przeróżnych manipulacji, takich jak kary, nagrody, pochwały czy karne jeżyki, nauczyć dzieci norm społecznych, przykład, który im wówczas dajemy, uczy je raczej tego, jak w przyszłości doskonale manipulować swoim otoczeniem. Przedszkolaki wiedzą dobrze, że silniejszy (czy w naszym kontekście kulturowym: ten wyżej postawiony) wygrywa, więc jeśli znajdują się na wyższej pozycji, to mogą dowolnie pogrywać z kimś, kto stoi od nich niżej w hierarchii. Z kolei kiedy same znajdą się niżej, stają się podporządkowane i uległe, wykonując wszelkie polecenia, bez zastanowienia się nad ich słusznością czy wartością moralną.
Jakich norm uczą się wtedy od nas dzieci? Przede wszystkim tego, że:
• można kompletnie co innego deklarować, a co innego robić (a więc niespójności),
• silniejszy ma rację i wie lepiej,
• tym, kto stoi niżej w hierarchii, można manipulować,
• można wymagać od innych tego, czego nie reprezentuje się sobą.
Dodatkowo, jeśli kładziemy duży nacisk na to, by dzieci były nam posłuszne i uległe, wychowujemy tak naprawdę dorosłych, którzy niezależnie od wieku wciąż będą przekraczać własne granice, nie będą potrafili dbać o swoje potrzeby i zrobią wszystko, co w ich mocy, aby się podporządkować. A to wszystko z lęku przed karą, czyli odrzuceniem. Trudno w takiej sytuacji mówić o zdrowej pewności siebie i asertywności. Odwaga i śmiałość w takim wypadku są zupełnie niedostępne i leżą całkowicie poza zasięgiem osób, które zostały wychowane w taki sposób. Chyba więc nie o to nam chodzi.
Normy społeczne a integralność wewnętrzna dziecka
Jak zatem przyczyniać się do tego, aby dzieci respektowały zasady społeczne? Po pierwsze, należy zadbać o dawanie dobrego przykładu:
• chcesz, aby dzieci potrafiły się dzielić z innymi – pokaż im, jak ty się dzielisz,
• chcesz, żeby z radością spełniały prośby innych – spełniaj prośby innych osób dorosłych oraz prośby dzieci,
• chcesz, żeby były taktowne i kulturalne – bądź taki w relacji z nimi oraz z innymi osobami.
To oczywiście nie wszystko. Drugą – być może nawet istotniejszą – kwestią jest to, by zadbać o integralność wewnętrzną dziecka. Czym jest owa integralność i jak się o nią troszczyć?
Na wewnętrzną integralność składają się nasze emocje, potrzeby, marzenia, cele, wartości, granice. Przychodząc na świat, dziecko przejawia już jakieś potrzeby i stany emocjonalne. Pozostałe aspekty – takie jak cele czy wartości – zaczynają się dopiero wykształcać. Jako dorośli mamy tendencję, aby dbanie o integralność malutkich dzieci – najczęściej takich, które jeszcze nie mówią – stawiać dosyć wysoko. Kiedy maluszek płacze, natychmiast szukamy przyczyny – zastanawiamy się, czy nie jest głodny, zmęczony, sprawdzamy, czy nie potrzebuje przytulenia, ciszy, a może zabawy. Kiedy natomiast dzieci mają już trzy czy cztery lata i zaczynają nam komunikować słownie, czego chcą, a czego nie, wielu dorosłych nagle zaczyna być zainteresowanych głównie wpojeniem im norm społecznych. Co więcej, czasem stawiamy te normy zdecydowanie wyżej niż uczucia i potrzeby wciąż małych szkrabów. Dlaczego tak się dzieje?
W dużej mierze wynika to z braku zaufania. Przywykliśmy wierzyć, że dzieci potrzebują wychowania, aby „wyjść na ludzi”. Zupełnie jakby nie rodziły się ludźmi, przychodziły na świat niepełne i potrzebowały zostać w jakiś konkretny sposób uformowane. Prawda jest taka, że dzieci przychodzą na świat bardzo elastyczne i gotowe nauczyć się takich zasad, jakie zostaną im przedstawione. Kiedy stykają się ze światem pełnym manipulacji, kłamstwa i pogardy – uczą się właśnie tego. Zaczynają manipulować, kłamać i gardzić innymi. Kiedy wzrastają otoczone miłością, życzliwością i wsparciem, nie musimy stosować żadnych specjalnych metod ani technik, aby nauczyć je współżycia w społeczeństwie – po prostu nasiąkają tymi wartościami i przekazują je dalej.
Dziecko nie nasiąknie jednak życzliwością ani uprzejmością, jeśli wieczorem, kiedy jest marudne i zbyt zmęczone, aby umyć zęby, słyszy: „Jak nie umyjesz zębów, to nie obejrzysz bajki na dobranoc!”. Taka postawa ma się nijak do życzliwości i taktu. Trudno, aby dziecko zmuszane do uległości przyswoiło zasadę szacunku wobec innych ludzi. Taki maluch raczej nauczy się traktować innych z podobnym brakiem poszanowania albo jego zachowania będą dyktowane strachem przed odrzuceniem.
Przyjrzyjmy się bardziej szczegółowo opisanej wyżej sytuacji. Dorosły (może to być rodzic lub opiekun dziecka w danym momencie: nauczycielka, wychowawca, niania) prosi o coś dziecko, np. o umycie zębów, posprzątanie zabawek czy podzielenie się z kimś zabawką. Dziecko odmawia. Upraszczając nieco tę sytuację, możemy powiedzieć, że dorosły ma w tym momencie wybór, co postawi wyżej: integralność wewnętrzną dziecka czy jakieś swoje cele (związane z normami społecznymi lub własnymi wartościami). Jeśli wybierze to drugie, to prawdopodobnie kompletnie nie zwróci uwagi na to, że dziecko odmawia, nie zainteresuje się również tym, dlaczego ono odmawia i co tak naprawdę nim kieruje. Maluch i jego potrzeby zostaną więc kompletnie niezauważone. Jeśli dodatkowo taki dorosły zastosuje jakikolwiek środek dyscyplinujący czy manipulujący, żeby wymusić na dziecku pożądane zachowanie, a w dodatku podobna sytuacja powtórzy się jeszcze wielokrotnie – być może w efekcie rzeczywiście będziemy mieć grzeczne i posłuszne dziecko, natomiast najprawdopodobniej będzie to także dziecko niepewne siebie, bojaźliwe i przekonane o tym, że dbanie o siebie jest niewskazane.
Jeśli nie posłuszeństwo, to co?
Wszyscy chcemy, żeby dzieci ostatecznie posprzątały po sobie czy umyły zęby. Dlatego odejście od tradycyjnego wychowania do posłuszeństwa nie polega na przeskoku do całkowitego przeciwieństwa tego podejścia, czyli postawy wobec dzieci, którą można podsumować słowami: „Róbcie, co chcecie”. Mniej więcej pośrodku, pomiędzy tymi dwoma stanowiskami, jest postawa, którą Jesper Juul nazywa równą godnością. Określa się ją czasem wychowaniem w szacunku – nie tylko szacunku dzieci do dorosłych, lecz także dorosłych wobec dzieci.
Na czym polega ta postawa? Chodzi o to, by – szczególnie w sytuacjach konfliktowych – nie rezygnować z własnego zdania, a jednocześnie stworzyć przestrzeń na wizję dziecka. Można powiedzieć np.: „Aha, czyli ty nie chcesz myć teraz zębów. Ja chcę, żebyś umył”. Warto zastanowić się w takich przypadkach, na co mamy gotowość i co chcemy dalej z tą sytuacją zrobić. Jeśli zależy nam na dbaniu o integralność i potrzeby dziecka, a nie tylko o realizację naszych potrzeb – ważne, aby przynajmniej czasami zainteresować się nieco głębiej, co stoi za dziecięcą odmową czy niechęcią do współpracy. Może tego dnia dziecko jest już zmęczone i dlatego nie ma ochoty myć zębów? Może czasem warto odpuścić? Być może nie chce sprzątać, ponieważ z jakiegoś powodu nie czuje się bezpiecznie? Najpierw powinniśmy zapewnić dziecku poczucie bezpieczeństwa, miłość i troskę, a dopiero potem stawiać przed nim wymagania.
Dzieci płaczą i odmawiają nie po to, by nami manipulować i „wchodzić nam na głowę”, tylko po to, aby zakomunikować, że jest im trudno. W takich chwilach potrzebują przede wszystkim wsparcia dorosłych, a nie zmuszania do robienia czegoś, na co nie mają ochoty. Potraktujmy je z szacunkiem, a one odpłacą się tym samym.
Dziecko, którego potrzeby są zauważane i zaspokajane, bez trudu przyswoi zasady współżycia społecznego i zrobi to nie ze strachu, a z chęci naśladowania nas i dostosowania się do społeczeństwa, w którym żyje. Najpierw jednak jego najważniejsze potrzeby muszą zostać choć w pewnym stopniu zaspokojone. W przeciwnym razie będzie stawiało duży opór lub będzie z nami współpracowało, ale wciąż podskórnie będzie obawiać się kary i odrzucenia.
Cierpliwość i łagodność
Pamiętajmy także o tym, aby dać dzieciom czas na tę naukę. Nawet jeśli dbamy o potrzeby najmłodszych, to pogódźmy się z tym, że przez pierwsze pięć czy sześć lat życia będą im się zdarzały pomyłki i potyczki na polu życia społecznego czy rodzinnego. Czasem będą one wynikać z nieuwagi, innym razem ze zmęczenia, a czasami z ogromnej chęci wyrażenia własnego zdania. Dzieci są tylko dziećmi – czasami potrzebują usłyszeć coś naprawdę wiele razy, zanim to zapamiętają. Niekiedy potrzebują również emocjonalnej gotowości, aby zacząć coś robić – np. przepraszać za coś innych czy dzielić się. Kiedy jeszcze tego nie potrafią, potrzebują raczej dorosłych, którzy okażą im zrozumienie i wsparcie, a nie takich, którzy z uporem maniaka będą stosować wszelkie możliwe triki, aby uformować dziecko wedle własnego uznania.
Kiedy widzimy dziecko, które popchnęło kolegę albo rozpacza nad rozsypanymi klockami i nie chce ich posprzątać – niezależnie od tego, ile taki maluch ma lat – warto przypomnieć sobie, jak sami niekiedy reagujemy. Czasem przecież nie wytrzymujemy i wyładowujemy złość na bliskiej osobie albo kompletnie nie chce nam się sprzątać. Oczywiście, że potrafimy inaczej! Ale w danym momencie nasze zasoby są tak niewielkie, że to „inaczej” się nie udaje. Dzieci mają wiele takich momentów – ich mózgi przez pierwsze kilkanaście lat rozwijają się w szalonym tempie i codziennie uczą się setek nowych rzeczy. W takich chwilach spróbujmy znaleźć w sobie łagodność i zrozumienie, nawet jeśli nie zawsze jest to łatwe.
Być może zgoda na to, że dzieci od czasu do czasu złamią normy społeczne czy nie spełnią naszych próśb, spowoduje, że w życiu codziennym będziemy mieli nieco więcej wyzwań, niż gdybyśmy postawili na posłuszeństwo. Jeżeli jednak odpuścimy sobie zmuszanie przedszkolaków do uległości, zyskamy o wiele więcej. Wychowamy dzieci, które w przyszłości będą pewne siebie, zaradne i asertywne, a ponadto będą potrafiły zadbać o siebie i swoje szczęście.
Temperament dziecka a uległość
Dzieci przychodzą na ten świat z pewnym wrodzonym zestawem cech, które nazywamy temperamentem. Oznacza to, że niektórym z nich podporządkowanie i uległość wobec dorosłych przychodzą z dużo większą łatwością niż innym. Jeśli wyobrazimy sobie, że nasz temperament może oscylować na kontinuum, a na jednej skrajności tego kontinuum mamy nastawienie na współpracę, na drugiej zaś zdecydowany indywidualizm – pewnie niemal bez trudu będziemy w stanie umieścić na tej skali większość znanych nam przedszkolaków. Niektóre znajdują się bliżej któregoś z krańców, a inne bliżej środka. Warto też pamiętać o tym, że różne dzieci mogą potrzebować od nas zupełnie innego wsparcia.
Dzieci, które plasują się bliżej ekstremalnego nastawienia na współpracę, nawet gdy dzieje się to kosztem ich integralności wewnętrznej (z mojego doświadczenia wynika, że częściej są to dziewczynki), potrzebują od nas więcej zachęty do wyrażania własnego zdania, czyli wspierania ich asertywności i odwagi. Z jednej strony z przedszkolakami z tej grupy często pracuje się zdecydowanie łatwiej, ponieważ nie stawiają przed nami tylu wyzwań (sytuacja może jednak zmienić się diametralnie w wieku dojrzewania). Z drugiej strony takim dzieciom warto pokazywać, że nie ma nic złego w tym, że ma się inne zdanie niż reszta, albo że można komuś odmówić, nawet jeśli drugiej osobie będzie z tego powodu przykro. W innym wypadku może im być trudno zbudować w przyszłości zdrową równowagę pomiędzy dbaniem o potrzeby innych a dbaniem o siebie i swoje własne potrzeby.
Są oczywiście dzieci, które niemal od urodzenia stawiają opór, nie słuchają naszych próśb i zdaje się, że wciąż walczą z nami o władzę. W rzeczywistości nie potrzebują one władzy – zarówno w rodzinie, jak i przedszkolu – ale naszej troski i zrozumienia. Często takie wysoko autonomiczne jednostki już od samego początku stawiają przed nami wiele wyzwań wychowawczych, ale raczej możemy być spokojni o to, że w przyszłości odnajdą w sobie odwagę i pewność siebie. W przypadku takich dzieci warto postawić na pełną łagodności i zrozumienia naukę zasad życia w społeczeństwie, licząc się z tym, że będzie im trudno je respektować. Jeżeli jednak poczują, że są przez nas szanowane i rozumiane – prędzej czy później również nauczą się współpracować z innymi.
Bibliografia:
• J. Juul, Nie z miłości, Podkowa Leśna 2011.
• J. Juul, Twoje kompetentne dziecko, Podkowa Leśna 2011.
• Kohn, Wychowanie bez nagród i kar, Podkowa Leśna 2013.