Dostęp do serwisu wygasł w dniu . Kliknij "wznów dostęp", aby nadal korzystać z bogactwa treści, eksperckiej wiedzy, wzorów, dokumentów i aktualności oświatowych.
Witaj na Platformie MM.
Zaloguj się, aby korzystać z dostępu do zakupionych serwisów.
Możesz również swobodnie przeglądać zasoby Platformy bez logowania, ale tylko w ograniczonej wersji demonstracyjnej.
Chcesz sprawdzić zawartość niezbędników i czasopism? Zyskaj 14 dni pełnego dostępu całkowicie za darmo i bez zobowiązań.
Terapia rodzinna. Gdy dziecko ma tendencje samobójcze
Opracowała: Zofia Grudzińska, psycholog, nauczycielka języka angielskiego, współzałożycielka i koordynatorka ruchu społecznego Obywatele dla Edukacji
Statystyki są bezlitosne – liczba samobójstw, jak i zanotowanych prób samobójczych dzieci i młodzieży z roku na rok rośnie (samych prób, które nie są odnotowane w oficjalnych dokumentach, może być oczywiście więcej). Według danych GUS-u w 2016 r. próbę samobójczą podjęło 475 osób w wieku poniżej 18. roku życia, a zgonem zakończyły się 103 próby. Natomiast według statystyk prowadzonych przez Komendę Główną Policji w 2018 r. samobójstwo próbowało popełnić 746 nastolatków w wieku 13–18 lat i 1143 osoby w wieku 19–24 (liczba zgonów w 2018 r. spadła do 92). W stosunku do 2014 r., gdy z wynikiem 209 zgonów wskutek zamachu na własne życie byliśmy na drugim miejscu w Europie, sytuacja wydaje się poprawiać – ale skoro wzrasta liczba prób, można wnioskować, że co prawda poprawiliśmy mechanizmy monitorowania, ale nie dotarliśmy do sedna. Być może zapobiegamy najgorszemu, ale nie naprawiamy świata tak, aby dzieci nie chciały z niego dramatycznie odchodzić.
Gdy odzywa się dzwonek alarmowy
Młodzi ludzie, którzy podjęli próbę samobójczą i ci, którzy (na szczęście!) ujawnili, że noszą się z takim zamiarem (lub chociażby rozmyślają o takiej ewentualności), powinni skorzystać z fachowej pomocy psychologa. Ale praca z dzieckiem czy nastolatkiem z tendencjami samobójczymi jest trudna, dlatego przypadki te są często kierowane na wyższe poziomy referencyjne (czyli np. hospitalizowane). Niestety, leczenie szpitalne stawia za cel doraźną stabilizację stanu psychicznego, wobec czego małoletni pacjent może po krótkim czasie ponownie wylądować u psychologa. Tymczasem terapia ambulatoryjna może trwać dłużej i obejmować szerszy kontekst.
Stosunkowo rzadko metodą pierwszego wyboru jest terapia rodzinna, aczkolwiek mogłaby być wskazana – szczególnie, jeśli przyjąć punkt widzenia szkoły systemowej, która psychopatologię rozpatruje jako element dysfunkcyjnego systemu rodzinnego.
Rodzinna terapia więzi
Odkąd pod koniec lat 60. brytyjski psychoanalityk John Bowlby opracował i udokumentował badaniami teorię przywiązań, pojawiły się i ewoluowały oparte na niej modele terapii – w Polsce nazywane „terapią więzi” (nazwa o tyle niefortunna, że niektórzy mylą ją z postępowaniem, w którym wymusza się kontakt). Rodzinna terapia więzi dowiodła skuteczności jako postępowanie w przypadkach myśli i prób samobójczych. Zapewne wynika to z faktu, że ten model terapii zajmuje się zarówno kontekstem (sytuacją rodzinną, traumą doświadczaną przez daną osobę), jak i procesami intrapsychicznymi. Pomaga szczególnie nastolatkom odzyskać poczucie bezpieczeństwa więzi z rodzicami – bazy, która pomaga chronić przed przyszłym stresem i tendencjami autodestruktywnymi. Praca nad procesami intrapersonalnymi dziecka czy nastolatka jest uzupełniona rewizją rzeczywistości, w jakiej egzystuje – przede wszystkim dotyczy to dynamiki rodzinnej. Terapia więzi daje m.in. okazję do opracowania planu wspierania młodego człowieka z udziałem rodziców, budujących bezpieczeństwo i poczucie struktury w domu. Poza tym w terapii dąży się do naprawienia i umocnienia więzi, co ma przynieść skutek w postaci redukcji myśli i uczuć samobójczych.
Przed skłonnościami samobójczymi dzieci niewątpliwie może ochronić spójność rodziny. Jak wynika z badań (po uwzględnieniu innych czynników, jak depresja i stresujące wydarzenia życiowe), w grupie nastolatków, którzy swoją rodzinę charakteryzują jako wzajemnie zaangażowaną i dzielącą zainteresowania i wsparcie emocjonalne, tendencje samobójcze pojawiają się trzy do pięciu razy rzadziej niż wśród dzieci z rodzin słabiej zintegrowanych.
Bezpieczny styl przywiązania charakteryzuje się m.in. przeświadczeniem dziecka, że opiekun potrafi dostarczyć wsparcia i ochrony. Wpływa to na bardziej bezpośredni styl komunikacji między dzieckiem a rodzicami, umożliwia wspólne rozwiązywanie konfliktów z członkami rodziny, innymi dorosłymi (np. nauczycielami), rówieśnikami i partnerami związków romantycznych (a trzeba przypomnieć, że zawód miłosny nastolatków zajmuje jedno z czołowych miejsc wśród przyczyn prób samobójczych).
Terapia więzi ma na celu osiągnięcie większej obecności rodziców w życiu dziecka i ich emocjonalnego „dostrojenia” do jego potrzeb, przepracowanie traumy lub doświadczenia utraty (szeroko definiowanej), zrewidowanie negatywnych oczekiwań dziecka wobec rodzica poprzez wypracowanie efektywnej komunikacji, a także stworzenie warunków dla rozwoju większej autonomii i kompetencji dziecka w zarządzaniu swoim życiem.
Przypadek Doroty
Czternastoletnia Dorota została skierowana na terapię po kilkakrotnych atakach paniki i stwierdzeniu tendencji samobójczych, z diagnozą depresji i zaburzeń lękowych. W ostatnim roku zaczęło powtarzać się odmawianie uczęszczania do szkoły.
Dorastała w pełnej rodzinie. Matka Krystyna po urodzeniu córki zrezygnowała z pracy, ojciec Ryszard miał stałe i dobrze płatne zatrudnienie w sektorze informacyjnym. Starszy brat dwa lata wcześniej wyprowadził się do innego miasta, ale utrzymywał regularny kontakt z rodziną.
Objawy depresji i paniki rozwijały się u Doroty w wyniku wielu lat prześladowań rówieśniczych w szkole, o których rodzice nie mieli pojęcia – aż nasilenie udręki emocjonalnej doprowadziło dziewczynkę do prób samookaleczenia i próby samobójczej. Dorota przyznała, że wcześniej – w okresie od 10. do 12. roku życia – kilkakrotnie podejmowała kroki samobójcze, z których się ostatecznie wycofywała. W tym też czasie zaczęła się ciąć. Jednocześnie z dziecka niezależnego i samowystarczalnego zamieniła się w lękliwą nastolatkę, w pełni zależną od rodziców, pozbawioną ufności w swoje siły. W czasie pierwszej wizyty terapeutka zanotowała, że dziewczynka zachowuje się w sposób charakterystyczny dla dziecka młodszego wiekiem i mówi dziecięcym tonem. Testy diagnostyczne potwierdziły depresję (wynik 42 w Inwentarzu Depresji Becka przy progu 20) oraz nasilone tendencje samobójcze (84 na skali oceny ryzyka samobójstwa, przy progu 31 punktów).
Rodzice zgodzili się z sugestią psychologa, by wraz z córką uczestniczyć w terapii więzi. Na spotkania cała rodzina przychodziła punktualnie, oboje rodzice przejawiali zaangażowanie w przebieg terapii i dobrze współpracowali zarówno z terapeutką, jak i ze sobą wzajemnie.
Faza pierwsza (wstępna): sformułowanie kontraktu
W pierwszych sesjach ważne jest rozpoznanie zaburzeń więzi, wskutek których nastoletnie dziecko cierpiące na napady myśli samobójczych nie idzie po pomoc do rodziców, oraz zawarcie kontraktu terapeutycznego, w którym rodzina zgadza się, że celem terapii jest uzdrowienie relacji rodzice–dziecko. Na początku pierwszego spotkania Dorota chętnie opowiadała o swoich zainteresowaniach, które rodzice potwierdzili, przytaczając przykłady jej osiągnięć. Krystyna nieco rzadziej zabierała głos, ale na ogół cała trójka wypowiadała się z zaangażowaniem. Dopiero gdy terapeutka poruszyła temat depresji i samobójstwa, Dorota przycichła i zaczęła się jąkać. Opisywanie przeżyć przychodziło jej z widocznym trudem. Ryszard skomentował zmianę w zachowaniu córki, zauważając, że zwykle nie ma problemu z wypowiadaniem się – jak gdyby implikując, że mogłaby powiedzieć więcej, gdyby chciała.
W tym momencie terapeutka spytała wprost, czemu Dorota nie potrafiła pójść do rodziców, których pomocy zdawała się potrzebować, gdy prześladowały ją myśli samobójcze:
– Wydawało mi się, że by nie zrozumieli, przez co przechodzę, i dlaczego nie chce mi się dalej żyć – stwierdziła Dorota.
– Dlaczego? – zapytała terapeutka.
– Bo im się to nigdy nie zdarzyło – dokuczanie w szkole, znaczy się… Wiedziałam, że nie mogliby pojąć, jak to jest. Sama nie rozumiałam zresztą, co czuję, więc jak ktoś inny mógłby zrozumieć? – odpowiedziała dziewczyna.
– Co odczuwacie, słysząc, co mówi Dorota?.. Mówi to teraz, chociaż wy zapewniacie, że usiłowaliście się z nią porozumieć – jak odbieracie to, że ona czuje, że jej nie możecie zrozumieć? – zwróciła się do rodziców terapeutka, zgodnie z celem sesji (czyli rozpoznania zaburzeń w rodzinnej więzi).
– Zawsze mogła do nas przyjść. Wiedziała, że możemy pomóc. Jakby nas wykluczała… – odpowiedział ojciec.
– Rozumiem, że pan czuje się źle, kiedy jest odsunięty na bok. Czuje się pan rozczarowany, że córka nie przyszła po pomoc. Chcę wam pomóc znaleźć ten wspólny grunt, nawiązać porozumienie – dodała terapeutka.
– Pewnie się boi, że wdamy się w jakiś konflikt, np. że ja pójdę do szkoły i spiorę tych jej koleżków – dopowiedział ojciec.
Warto skomentować ten fragment sesji, który jest przykładem często spotykanej w takich okolicznościach reakcji obronnej. Rodzice zapewniają, że zawsze byli otwarci na problemy córki, że mogła do nich przyjść. Terapeutka potwierdza, że go rozumie, pomagając ojcu poczuć, że ma prawo do reakcji, choćby nie była „wzorcowa dla kochającego rodzica”. Po tej wypowiedzi ojciec rozluźnia postawę i proponuje inny, bardziej przemyślany powód, dla którego córka nie przyznała się im do swoich problemów.
– Musiało być ci ciężko, samej sobie z tym wszystkim radzić. Czułaś, że nikt cię nie zrozumie, a tak bardzo potrzebowałaś wsparcia. Szczególnie od ludzi, którzy cię kochają –zwróciła się do Doroty terapeutka.
Dorota pokiwała głową (to niezwykle ważna chwila, w której nastolatka uświadomiła sobie konsekwencje, jakie przyniosło zachwianie relacji z rodzicami, jednocześnie potwierdzając wzajemne uczucie miłości). Następnie terapeutka sformułowała pytanie wiodące do zawarcia kontraktu terapeutycznego: „Czy chcecie skorzystać z terapii, by wzmocnić waszą relację?”. Rodzina zgodziła się na przyjęcie tego zadania jako pierwszego celu pracy.
Faza druga: wypracowanie sojuszu terapeutycznego z nastolatką
Przyszedł czas na odrębne spotkanie terapeutki i Doroty (rodzina wie, że potem nastąpi odrębna sesja z rodzicami).
Dorota zrelacjonowała przebieg depresji – wydarzenia i przeżycia koncentrowały się wokół prześladowania, jakiego doświadczała w szkole. Opisywała towarzyszące jej przez cały ten czas uczucia smutku i „obcości”, poczucie, że jest osamotniona w swoich cierpieniach. Pod koniec sesji terapeutka zapytała, czy rodzice w jakikolwiek sposób ją wspierali. Dorota odpowiada, że nie chciała ich obciążać swoimi przeżyciami. Kiedy terapeutka zachęciła ją, by powiedziała coś więcej, dziewczynka zaczęła się wiercić na fotelu, cała jej postawa i wyraz twarzy zdradzały zakłopotanie i niechęć do kontynuowania tematu.
– Ojejku… no więc… pamiętam, że w piątej klasie do nich poszłam, bo wtedy zaczęłam się ciąć, to znaczy pocierałam skórę plastikowym nożem ze stołówki. To właściwie nie było cięcie, bo nawet nie leciała krew, ale piekło i to sprawiało mi ulgę. Oni mi powiedzieli tylko, żebym przestała, że takie zachowanie niczego nie zmieni, ale nie spytali, co się dzieje… nie zrobili niczego, żeby mi pomóc przestać. Teraz się z tego powodu zadręczają. Tata mówi, że wiele by dał, żeby cofnąć czas i wtedy się inaczej zachować – stwierdziła Dorota.
– Tak się zastanawiam – czy twoi rodzice nie pokazywali czasem, że tak bardzo przeżywają, że cierpią, kiedy im mówisz o swoich kłopotach… że przez to nie zauważali twoich cierpień ani nie mogli na nie reagować… nawet nie widzieli, co się z tobą dzieje – odpowiedziała terapeutka.
– Kiedy ja wiem, że naprawdę się o mnie troszczą i nie chcę, żeby myśleli, że to ich wina. Nie chcę sprawić, żeby to tak wyglądało, ale… chyba dlatego przestałam im mówić. Bo wiedziałam, że powiedzą „no, przestań, nie rób tego więcej” i nie zrozumieją mnie. Pewnie dlatego nie chodziłam się zwierzać. Po prostu nie rozumieli i nie słuchali – odparła dziewczynka.
Dorota usiłowała chronić rodziców, usprawiedliwiać ich zachowanie, ale dostrzegła, że było to powodem, dla którego nie szukała u nich pomocy.
Faza trzecia – sojusz terapeutyczny z rodzicami
W tej fazie rodzice uczą się (podczas rozmowy) wzajemnego rozpoznawania swoich nastrojów i emocji, „dostrajania się” emocjonalnego zarówno do siebie, jak i do dziecka. Terapeutka rezygnuje z podejścia psychoedukacyjnego, zamiast tego stara się wzbudzić u rodziców motywację do zmian. Rozpoczyna więc od eksplorowania historii ich życia, kładąc nacisk na potencjalne wydarzenia o charakterze stresorów. Zwraca też uwagę obojga dorosłych na to, jaki styl przywiązania panował w ich rodzinach. Następnie pomaga rodzicom zrozumieć, jak ich własne doświadczenia wpływają na ich styl rodzicielski i na relację z córką.
– Chcę zrozumieć, jak współpracujecie sobą – jakiego rodzaju „drużynę rodzicielską” tworzycie. Ryszardzie – mówił pan, że czasem nie rozumie, czego potrzebuje Dorota. Pani Krystyno – czy widząc, że mąż reaguje wzburzeniem i być może przesadnie, byłaby pani zdecydowana, by jakoś mu pomóc w takiej chwili? – zapytała terapeutka.
–Oczywiście, że tak – odparła Krystyna.
– Jak mogłabyś pomóc? (do żony) Ona zamyka mi usta. Właśnie tak pomaga – zwrócił się do terapeutki Ryszard.
– Krystyno, czy robi to pani celowo – każe mężowi przestać? – dodała terapeutka, zwracając się do żony Ryszarda.
– Nigdy w życiu! (do Ryszarda) Jesteś dobrym ojcem i nasze dzieci bardzo cię kochają. Bez ciebie nie bylibyśmy rodziną. Ale czasami nie wyczuwasz, na co jest pora, a z czym trzeba zaczekać – odpowiedziała Krystyna.
– Zaczekajcie chwilę. Ryszardzie, czy pan wierzy w to, co mówi Krystyna – ona twierdzi, że jest pan dobrym ojcem. – Terapeutka starała się wzmocnić pozytywną część przekazu żony, która w dialogu między małżonkami często jest ignorowana.
– Niezbyt często to słyszę. Nie… – dodał.
– Przykro mi, naprawdę… Tak, myślę, że jesteś dobrym ojcem… Tylko źle ci wychodzi, mówisz czasem nie to, co trzeba w danej chwili… I wobec Doroty jesteś zbyt niecierpliwy, czasem za ostry – dodała Krystyna.
Dzięki tej krótkiej wymianie zdań rodzice zyskali lepszy wgląd we wzorce swoich rodzinnych relacji i dostrzegli, jaki mogą mieć one wpływ na Dorotę. Ryszardowi brakowało taktu i wyczucia chwili, a Krystyna przesadzała z tym, co sama określiła jako „postawę spanikowanej kwoki” – z nadopiekuńczością. Ich wcześniejsze interakcje nacechowane były frustracją i poczuciem bezradności, a dodatkowo pogłębione troską o zdrowie psychiczne córki – co wpływało na ich sposób komunikowania się z Dorotą i styl rodzicielski. Oboje rodzice zgodzili się z oceną wyrażoną przez terapeutkę i samorzutnie podjęli rękawicę, zastanawiając się, w jaki sposób mogli hamująco wpłynąć na ufność córki w ich wsparcie.
Doszli do wniosku, że potrzebują się nawzajem: Krystyna miała nadzieję, że przestanie odgrywać rolę bufora między mężem a córką, ale Ryszard potrzebował jej pomocy, by zachowywać się w sposób nacechowany większą wrażliwością. Ich małżeństwo było zasadniczo oparte na zdrowych wartościach, na wzajemnym szacunku i zaufaniu, tym łatwiej przyszło im uświadomić sobie potrzebę zmian, jakich muszą dokonać, i otworzyć się na fakt, że będzie im je łatwiej wprowadzić przy wsparciu partnera. Przy asyście terapeutki doszli do konkretnych ustaleń: aby Ryszard uważał na sygnały od Krystyny, gdyby ponownie przyjął ton szorstki i zbywający wobec Doroty, i mógł lepiej ocenić, kiedy jest dobra pora na to, by poruszać dane kwestie. Krystyna zadeklarowała, że liczy na jego pomoc w momentach, gdy zacznie hamować męża wyłącznie z chęci zapobieżenia konfliktom.
W międzyczasie: kryzys…
Po kilku miesiącach terapii sytuacja w szkole Doroty skomplikowała się, co spowodowało u nastolatki duży stres (chodziło nie tylko o dokuczanie przez kolegę z klasy, ale i o liczne absencje). Tym razem jednak dziewczynka przyszła do mamy i przyznała się, że zaczynają ją prześladować myśli samobójcze. Krystyna poprosiła terapeutkę o sesje interwencyjne. Podczas tych dodatkowych spotkań terapeutka obserwowała, jak rodzice współpracują, by obniżyć napięcie córki, ale jednocześnie nie tłumić jej narracji. Ryszard spytał Doroty, czy uważa, że powinien skontaktować się z rodzicami najgorszych prześladowców, i uważnie słuchał jej odpowiedzi. Terapeutka podkreśliła pozytywną zmianę w reakcji Doroty – fakt, że postanowiła przyjść do matki.
– Jak zachowała się mama? – zapytała terapeutka.
– Widziałam, że jest przejęta. Ale starała się. Podobało mi się, że mówiła wprost, czego się obawia, ale też że rodzice (oboje) potrafią mi pomóc. Sama zaczęłam widzieć sprawy jakby mniej tragicznie, dostrzegać, że kiedyś to się przecież skończy – stwierdziła Dorota.
Faza czwarta: korekta więzi
Celem kolejnych sesji jest umożliwienie nastolatce doświadczenia nowego, skorygowanego stylu relacji z rodzicami, którzy lepiej dostrajają się do jej emocji i potrzeb. Jednocześnie dziewczyna ma okazję zmienić w oczach rodziców postrzeganie swojej osoby jako jednostki niedojrzałej i nadmiernie kruchej psychicznie – poprzez udział we wspólnych sesjach w bardziej niż dotychczas bezpośredni i stabilny sposób. Dzięki pomyślnie domkniętym zadaniom fazy drugiej i trzeciej uczestnicy terapii wykazują większe zrozumienie swoich wzajemnych potrzeb i na tyle sprawnie posługują się narzędziami komunikacji, że ich rozmowa jest bardziej produktywna niż podczas pierwszych spotkań.
Rozmowy w tej fazie nie dotyczą wprost sposobów rozwiązywania konfliktów ani zagrożenia samobójstwem, ale tego, jak budować nową, zdrową więź – jak komunikować się otwarcie, jak uczciwie wyrażać swoje oczekiwania, jak okazywać sobie wzajemny szacunek. Wszyscy troje omawiają mimowolne błędy, które spowodowały, że w ich relacjach brakowało poczucia bezpieczeństwa.
Dorota zaczęła mówić pierwsza, opowiedziała rodzicom, jak czuła się w obowiązku chronić ich przez swoje milczenie. Uważała, że właśnie tak dowodzi swojej dojrzałości – nie zwierzając się rodzicom z prześladowania, jakiego doznawała w szkole.
– Nie trzeba było… to nasz obowiązek, żebyś była bezpieczna. Tak mi przykro, że w ten sposób się czułaś – powiedział Ryszard po chwili milczenia.
– Czy wierzysz ojcu? – zwróciła się do Doroty terapeutka.
Dziewczyna pokiwała głową.
– A poza tym, że chciałaś ich chronić, miałaś jakieś inne myśli? Jakie? Wiem, że jest ci ciężko krytykować rodziców, ale czy powiesz im, co myślałaś, że się może stać, gdy im opowiesz o tym, jak cię dręczyli koledzy? – zapytała terapeutka, licząc, że Dorota zdobędzie się na całkowitą szczerość wobec rodziców.
– Miałam takie poczucie, że mnie będziecie uważać za jakieś małe dzidzi, że potrzebuję waszej pomocy. Ale też… no, bałam się, że tak jak kiedyś powiecie mi, że mam przestać i to nie jest nic wielkiego – tak jak z tym plastikowym nożem w stołówce… – odpowiedziała Dorota, początkowo jąkając się, potem mówiąc coraz pewniej.
Terapeutka doprowadziła Dorotę do punktu, w którym dziewczyna uświadamia sobie swój prawdziwy lęk: obawę przed emocjonalną obojętnością rodziców. Poprzednio Dorota pomijała ten aspekt w narracji, bo perspektywa wyrażania swoich potrzeb wzbudzała w niej poczucie winy. W miarę jak coraz bezpieczniej czuła się, dzieląc bolesnymi wspomnieniami, zaczęła opowiadać rodzicom o incydentach prześladowania przez kolegów z przeszłości. W tym momencie cała trójka przestała skupiać się na naprawianiu wzajemnej komunikacji, zamiast tego poświęcili całą uwagę traumatycznym przeżyciom Doroty. Krystyna i Ryszard mieli okazję pokazać córce, że obecnie – w trakcie sesji – potrafią zająć się jej cierpieniem, zauważyć je, docenić bolesność wspomnień. W ten sposób udzielili dziewczynce wsparcia.
Utrwalanie nowych wzorców
Na kolejnych spotkaniach ojciec Doroty słuchał jej uważnie i uczył się od niej. Kilka razy postanowił przyjąć pomoc Krystyny, która dawała mu znaki, że traci wrażliwość. W domu również jego styl komunikacji poprawił się. Matka i córka przyznały, że jego bezpośredniość w poruszaniu drażliwych tematów pomagała im, kiedy czuły, że przez zbyt wielkie napięcie wolałyby uniknąć potrzebnej rozmowy o trudnych sprawach. Dorota kilka razy bez ogródek, chociaż delikatnie, wytknęła mamie, że ta zaczyna „kwoczyć”. Terapeutka, słysząc tę relację, przypomniała Krystynie wniosek z poprzednich sesji: jej nadopiekuńczość przeszkadza córce w doświadczeniu ufności w swoje siły, która pomogłaby Dorocie wzmocnić przekonanie, że powinna być szczera, nawet ryzykując, że zrani uczucia mamy.
Faza piąta – umacnianie autonomii
W ostatniej fazie pojawia się nowy aspekt. Zamiast pracy nad stylem komunikacji i nad relacją córki z rodzicami, celem staje się określenie tych elementów dynamiki rodzinnej, które hamują rozwój autonomii nastolatki. Proces ten powinien się odbywać z pełnym wsparciem rodziców. W przebiegu budowania zdrowej więzi w modelu opisanym przez Bowlby’ego i rozwiniętym przez Mary Ainsworth, skutkiem stworzenia przez rodzica bezpiecznej bazy dziecko potrafi śmiało eksplorować środowisko zewnętrze, wykazując rosnącą autonomię.
Najczęściej, gdy na terapii zjawia się nastolatek, rodzice martwią się bardziej niż dziecko. W piątej fazie terapii przychodzi czas na to, by nastoletni uczestnik zaczął odczuwać chęć dokonania zmian, rozwiązania swoich problemów, ze świadomością, że rodzice mogą pomóc w razie potrzeby.
Dla Doroty takim wyzwaniem była kwestia obecności w szkole. Ryszard i Krystyna mieli okazję udowodnić, że nie „abdykują” ze swojej rodzicielskiej odpowiedzialności, zakreślili bowiem konkretne oczekiwania, z których nie zrezygnowali w obliczu demonstrowanego przez córkę napięcia. Ich przekaz był zgodny: uczęszczanie do szkoły jest bitwą, którą Dorota musi rozegrać samodzielnie, oni będą ją wspierać, ale nie załatwią tego problemu za nią. Dorota musiała się przekonać, że szczególnie matka potraktuje ją nie jak małe dziecko, ale jak zdrową i silną czternastolatkę. Rodzice i córka wspólnie ustalili pewne reguły, których cała trójka była w stanie przestrzegać. W rezultacie w ciągu kolejnego miesiąca tylko raz Dorota postanowiła skorzystać z przewidzianej „przepustki” (możliwości jednodniowej absencji z gwarancją nadrobienia materiału).
Finał
Wraz z uregulowaniem kwestii odmowy uczęszczania do szkoły można było kontynuować pracę nad wspieraniem rosnącej autonomii Doroty. Dziewczyna włączyła się w szkolny wolontariat i postanowiła dać jeszcze jedną szansę harcerstwu (z którego zrezygnowała w piątej klasie). Rodzice pomogli jej podejmować konkretne decyzje, gdy Dorota nie była pewna, czy sprosta nowym zobowiązaniom. Coraz częściej prowadzili te rozmowy w domu, nie potrzebując obecności terapeutki. Na ostatnim spotkaniu wszyscy troje opowiadali, jak widzą zmiany w ich wzajemnych relacjach i jakie porobili plany, żeby zapobiec nawrotowi starych nawyków. Dorota stwierdziła, że w przyszłości nie będzie rozważała samobójstwa, a jeśli napadną ją wątpliwości, czy sama podoła złym nastrojom – zwróci się do rodziców.
Komentarz
Zgodnie z założeniami terapii więzi w powyższym studium przypadku nie zostały szczegółowo opisane okoliczności, które były pierwotnym źródłem napięć i myśli samobójczych dziewczynki. Należy raczej zauważyć, że terapia więzi może być skuteczną odpowiedzią na różnorodne problemy doświadczane przez dzieci i adolescentów – poprzez uzdrowienie bezpośredniego otoczenia rodzinnego i dostarczenie bezpiecznej bazy umożliwia się dziecku uruchomienie własnych zasobów radzenia sobie w trudnych sytuacjach.
Bibliografia:
• J. Bowlby, Przywiązanie, Warszawa 2021.
• J.L. Rubenstein, A. Halton i in., Suicidal behavior in adolescents: Stress and protection in different family contexts. „American Journal of Orthopsychiatry” 1998, nr 68(2).
• L.A. Sroufe, Attachment and development: A prospective, longitudinal study from birth to adulthood. „Attachment & Human Development” 2005, nr 7(4).
• D.J. Stayton, M.D. Ainsworth, Individual differences in infant responses to brief, everyday separations as related to other infant and maternal behaviors. „Developmental Psychology” 1973, nr 9(2).