Bezpłatna aplikacja na komputer – MM News... i jestem na bieżąco! Sprawdzam

Parasite (2019) – społeczna dezynsekcja Opracował: Łukasz Rogalski, absolwent filmoznawstwa oraz dziennikarstwa i komunikacji społecznej Historia zwycięzcy tegorocznej Złotej Palmy za najlepszy film to życiowy przykład na to, aby nigdy nie poddawać się w swoich artystycznych działaniach. Otóż o Joon-ho Bongu, reżyserze Parasite, stało się bardzo głośno przy okazji premiery jego poprzedniego filmu, który o tę samą nagrodę walczył w roku 2017. Niestety, razem ze swoją Okją, musiał zadowolić się jedynie nominacją do głównej nagrody, a premierze filmu towarzyszyły liczne kontrowersje. Od problemów technicznych w trakcie pokazu zaczynając, na słowach krytyki ze strony samego szefa jury kończąc. Pełniący w tę funkcję w 2017 roku Pedro Almodovar stwierdził, że nie wyobraża sobie, żeby zwycięzcą został film, który zamiast do kin, trafia na platformę streamingową, a tak było w przypadku debiutującej na Netflixie Okji. Reżyser zagryzł więc zęby, zrobił nowy film, wrócił na festiwal w roku 2019 i „po bożemu” zgarnął główną nagrodę. Parasite, tak jak inne filmy tego koreańskiego reżysera, to absurdalny rollercoaster kina gatunku. Wraz z fabularnym postępem akcji, w myśl precyzyjnie przygotowanego scenariusza, przedzieramy się przez kolejne sekwencje, które – okraszone odpowiednim dla konkretnego gatunku językiem filmu – przenoszą nas w kompletnie różniące się od siebie zakamarki ludzkich emocji. Ekspozycja skupia się na rodzinnym dramacie, któremu nie brak komediowych wstawek. Powoli uwypukla elementy sugerujące mocno napięty thriller, aby finalnie wrzucić nas w objęcia horroru i zakończyć przedstawienie w sposób znany z filmów kryminalnych. Trudno wyobrazić sobie taki „kocioł” zróżnicowanych między sobą form, zwłaszcza w kontekście fabularnego opisu całości. Film opowiada bowiem historię czteroosobowej rodziny z ekonomicznego marginesu. Mieszkają w piwnicznej klitce, zawodowo trudnią się składaniem pudełek do pizzy, wi-fi kradną od mieszkających nad nimi sąsiadów lub znajdujących się w zasięgu kawiarenek, a ich codzienny widok z przyziemnych okien to sikający pijaczek i dezynfekujący okolicę poskramiacze insektów. W takich okolicznościach łatwo nam zrozumieć irytację matki (Hye-jin Jang) i posępną minę ojca (Kang-ho Song). Jednak trudniej jest je zaakceptować. Początkowe współczucie związane z życiową sytuacją głównych bohaterów dość szybko miesza się nam z wywołanym przez twórczy komentarz społeczny przekonaniem o wątpliwej moralnie postawie prezentowanej nam rodziny. Pojawiająca się w życiu syna (Woo Sik-Choi) okazja do podjęcia pracy u zamożnej rodziny z wyższych sfer powoduje, że w dość szybkim tempie pracę u bogaczy znajdują też jego siostra (So-dam Park), a później kolejni członkowie rodziny. Sposób, w jaki im się to udaje, choć wątpliwy moralnie, pozostaje zdeterminowany przez ich sytuację życiową. To od nas zależy ostateczna ocena całego precedensu, a towarzysząca temu problematyka, choć w sztuce nie jest niczym nowym, staje się okazją do zaprezentowania przez twórcę zagrożeń wynikających ze współczesnych możliwości. Wykorzystanie technologii do realizacji celów o charakterze przestępczym, telefony w centrum rodzinnej rozrywki, korepetycje jako punkt styczny między dwiema skrajnymi warstwami społecznymi i ślepa wiara w terapie psychologiczne – te wszystkie bolączki dzisiejszego świata stają się tutaj przedmiotem krytyki, sposobem na uwypuklenie międzyklasowych różnic i elementami łączącymi scenariuszowe wariacje w godną podziwu całość. Największą przyjemność w obcowaniu z Parasite znajdujemy właśnie wtedy, gdy obserwujemy, jak rodzina odkrywa kolejne sposoby na polepszenie swej finansowej sytuacji, mając jednocześnie świadomość metaforyczności ujęcia ich pasożytniczego trybu życia. Jednak im dłużej obcujemy z obrazem Joon-ho Bonga, tym na ekranie zaczyna się robić coraz dziwniej. Choć pierwotne założenia, dotyczące problemów społecznych zrozumiałych dla rodzimej publiczności, nadal obowiązują, to niektóre z finalnych rozwiązań mogą wydawać się nam odrobinę naciągane i nie pomaga tu fakt, że każde z nich da się wytłumaczyć bezbłędnie poprowadzonym scenariuszem. Serwując nam przez cały seans, całkiem porządną bądź co bądź, okraszoną inteligentnymi spostrzeżeniami rozrywkę, pod koniec niepotrzebnie uderza on w melodramatyczne tony, a finalne motywacje działań bohaterów, choć solidnie zasugerowane, pozostają niewspółmierne do zbudowanych przez twórcę portretów psychologicznych, przez co musimy dość wysoko zawiesić naszą wiarę w fikcyjne wydarzenia. To jest też moment, w którym towarzyszący nam podczas całego seansu, wykreowany przez reżysera dystans idzie w odstawkę. Autor potrafi śmiać się z zagrożenia nuklearnego ze strony północnokoreańskich sąsiadów oraz przyrównywać biedną część społeczeństwa do robactwa, a jednocześnie każe nam wierzyć, że do okropnych zbrodni potrafi pchnąć nas czyjaś reakcja na nasz zapach. Parasite trafia do świadomości przede wszystkim koreańskich odbiorców, jednak nie sposób przejść obok tego filmu obojętnie. Warsztat filmowca, jaki prezentuje Joon-ho Bong, z całą pewnością godny jest zwycięzcy festiwalu w Cannes. W końcu jak często możemy oglądać film o ludziach-pasożytach, który potrafi nas rozbawić, przestraszyć oraz mocno zastanowić?