Dostęp do serwisu wygasł w dniu . Kliknij "wznów dostęp", aby nadal korzystać z bogactwa treści, eksperckiej wiedzy, wzorów, dokumentów i aktualności oświatowych.
Witaj na Platformie MM.
Zaloguj się, aby korzystać z dostępu do zakupionych serwisów.
Możesz również swobodnie przeglądać zasoby Platformy bez logowania, ale tylko w ograniczonej wersji demonstracyjnej.
Chcesz sprawdzić zawartość niezbędników i czasopism? Zyskaj 14 dni pełnego dostępu całkowicie za darmo i bez zobowiązań.
Ratujmy dzieci, czyli edukacja seksualna w świetle projektu nowelizacji Kodeksu karnego
Opracowała: Zofia Grudzińska, psycholog, nauczycielka języka angielskiego, współzałożycielka i koordynatorka ruchu społecznego Obywatele dla Edukacji; w swojej pracy stosuje podejście „autonomii ucznia”
Jeśli spojrzymy na Polskę z odległej, marsjańskiej perspektywy, to zobaczymy kraj szaleńczo kochający swoje dziatki. Państwo Elbanowscy jak lwy walczyli o prawo sześciolatków do uniknięcia szkoły i dopięli swego – najbardziej zaniedbane wychowawczo dzieci muszą spędzić dodatkowy rok pozbawione bodźców wspomagających ich rozwój. W zatłoczonych tramwajach i autobusach dorodne siedmiolatki wiercą się na siedzeniach, a nad nimi sterczą objuczone siatkami i szkolnymi torbami spocone matki. Inne obnażają zgniliznę, jaka grozi przedszkolakom w placówkach wdrażających propozycję programu „Równościowe Przedszkole”, w którym m.in. starano się pokazać dzieciom przestrzenno-czasową względność tzw. płci kulturowej. Proponowano, by w ramach zabawy chłopcy przebierali się za dziewczynki, dziewczynki za chłopców, a reszta dzieci zgadywała, kim są, i tłumaczyła, dlaczego tak uważa. To z pewnością było szkodliwe dla tych dzieci. Na przykład chłopcy nie chcieli się przebierać. Widocznie udawanie dziewczynek było dla nich upokarzające. Czyżby kobiety w Polsce nie były szanowane?
Przedstawiciele najpotężniejszej w kraju instytucji organizującej życie religijne potępiają wczesną seksualizację, skądinąd mało skutecznie, jeśli sądzić po wszechobecności reklam z podtekstem erotycznym i popularnością programów telewizyjnych typu „Od przedszkola do Opola”, w których kochający rodzice oklaskują wystrojone czterolatki dla uciechy oczu wielotysięcznej widowni.
Pora jednak zmniejszyć ten marsjański dystans i przyjrzeć się bliżej temu, co się dzieje w naszym pięknym kraju. Jako że wszystko ma swoje granice, nie oczekujemy zbyt gorliwych inicjatyw wspierających przeciwdziałanie przemocy w rodzinie – ostatecznie rodzina to matecznik narodu. Przymrużamy oko na łatwy dostęp nieletnich do alkoholu i papierosów – niech dzieci mają nieco przyjemności. W ramach naszej troski zwróćmy w zamian uwagę groźny obszar edukacji seksualnej, pod przykrywką której nasze pociechy są deprawowane i demoralizowane. To działanie ma już w Polsce pewną tradycję, czego doświadczył Ponton, atakowany w 2013 roku za prowadzenie w szkołach warsztatów, czym naruszył „zapisy Konstytucji, która stanowi, iż to rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami” – jak wówczas oświadczył publicznie ks. Drzewiecki. W swojej wypowiedzi ogłosił również, że Ponton nie ma prawa określać przepisywania prezerwatyw nastolatkom mianem „świadczenia zdrowotnego” i twierdzić, że prezerwatywy zapobiegają AIDS, bo „to mit”. To nic, że do Pontonu zgłaszały się nawet dwunastolatki aktywne seksualnie, a liczba tzw. „małoletnich ciąż” utrzymuje się na poziomie ponad tysiąca. Spadła w ostatnich latach, ponieważ mamy niż demograficzny, ale wskaźnik procentowy nadal jest ten sam. Ostatecznie chcemy mieć większą dzietność, prawda? Działalność programu stanowiła zagrożenie i tyle. To nic, że na ich zajęciach dzieci i młodzież dowiadywali się m.in. o istnieniu „złego dotyku” i jak się przed nim bronić, czyli jak bronić się przed pedofilią.
To wszystko nic, albowiem prawdziwie miłujący Polacy wiedzą lepiej, jak swoją dziatwę chronić przed niebezpieczeństwem. W związku z tym na tych działaniach postanowili się skoncentrować, co zresztą wydaje się bardzo chwalebne, tym bardziej, że sądząc nie tylko po statystykach policyjnych, ale i upublicznionych niedawno dokumentach filmowych, dzieci polskie narażone są na ataki pedofilów. Tak więc posłowie w sejmie już zaostrzyli potencjalne kary więzienia dla sprawców, ale niniejszy tekst nie jest o tym. Oto bowiem wykryto inne zagrożenie – edukację seksualną, która propaguje, a być może – o zgrozo! – pochwala zachowania pedofilskie.
Temu, że trzeba przeciwdziałać popularności pedofilii w Polsce – nieco mnie zaskoczyło, że jest ona tak popularna, ale cóż, jako osoba, która nie posiada małoletnich dzieci, nie dostrzegam zapewne tego zagrożenia – zdrowy rozsądek nie zaprzecza, ale że z tego właśnie powodu ruszyła inicjatywa związana ze zmianą artykułu 200b Kodeksu karnego, który (słusznie!) przewiduje wyroki więzienia za propagowanie i pochwalanie pedofilii, temu już zdrowy rozsądek się dziwił. Dlaczego? Przyjrzyjmy się sprawie bliżej.
Obecny zapis w Kodeksie karnym jest lapidarny: „Kto publicznie propaguje lub pochwala zachowania o charakterze pedofilskim, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat dwóch”. Warto przypomnieć, że „zachowania o charakterze pedofilskim” nie są równoznaczne z pedofilią, która jest chorobą sfery seksualnej i nie musi objawiać się w postaci zachowań. Doktor Wiesław Czernikiewicz, seksuolog i biegły sądowy ocenia, że „znakomita większość czynów pedofilnych, bo aż 70 proc., jest popełniana przez osoby, które wcale nie są pedofilami, tylko w sposób zastępczy wykorzystują dziecko do zaspokojenia popędu”. Tak czy inaczej są to czyny karalne, których propagowanie również musi być zwalczane.
Niedawno Fundacja PRO-Prawo do życia rozpoczęła akcję „Stop Pedofilii”, w której zaproponowała rozszerzenie wspomnianego zapisu. Dobrze to czy źle? Przyjrzyjmy się postulatom inicjatorów. Paragraf 2 przewidywałby taką samą karę (do dwóch lat ograniczenia wolności) za publiczne propagowanie lub pochwalanie „podejmowania przez małoletniego obcowania płciowego”. Gwoli wyjaśnienia: „obcowanie płciowe” oznacza spółkowanie lub jego surogat, np. seks oralny lub analny. Penalizowalibyśmy więc również propagowanie seksu wśród nastolatków za obopólną zgodą. Takiemu naruszeniu Kodeksu karnego mogłaby być winna na przykład osoba, która umożliwia nastolatkom dostęp do środków antykoncepcyjnych, ponieważ – można być o tym przekonanym – znalazłby się prokurator, który dowodziłby, że była to „propaganda”, o ile nie „pochwalanie”.
Paragraf 3 wskazuje, iż okres kary za propagowanie wyżej wspomnianych zachowań „za pomocą środków masowego komunikowania” miałby być podniesiony do trzech lat. Należałoby uzmysłowić użytkownikom Facebooka, że wpisy zamieszczone na własnym profilu podpadają pod wymieniony paragraf nawet wtedy, gdy są udostępniane jedynie znajomym. Dlatego można wyrazić obawę, że niewinny wpis w rodzaju: „pocałowałem Baśkę i fajnie nam było”, zamieszczony przez czternastolatka po randce ze swoją rówieśniczką, może być zinterpretowany jako propagowanie, a wręcz pochwalanie niepożądanych postaw i skutkować umieszczeniem w placówce karnej (dwa lata), gdyby niefortunny wielbiciel był sądzony jak osoba dorosła lub też – gdyby miał pecha i znalazł się w sądzie dla nieletnich – w placówce wychowawczej do ukończenia pełnoletności, a więc nieco dłużej.
W kolejnym paragrafie znalazł się zapis mówiący, iż wyższa kara dotyczy podejmowania wymienionych czynności wynikających z działań związanych „z zajmowaniem stanowiska, wykonywaniem zawodu lub działalności związanych z wychowaniem, edukacją, leczeniem małoletnich lub opieką nad nimi”. W ten sposób do więzienia mogą powędrować na trzy lata wspomniani wcześniej działacze Pontonu. Może tam, w ślad za nimi, trafić lekarz, który udzieli nieletniej pacjentce informacji o bezpiecznym seksie. Polskie więzienia nie pomieszczą nauczycieli prowadzących lekcje wychowania seksualnego. Głównym powodem, dla którego ruszyła inicjatywa „Stop Pedofilii”, jest wprowadzanie w Polsce standardów wychowania seksualnego opracowanych przez WHO. Od kilku miesięcy zgorszeni, przerażeni i zatroskani Polacy starają się obnażyć ohydę tych standardów, których co prawda nie znają, ale „słyszeli, że…”.
Słyszeli na przykład, że standardy nakazują „uczenia dzieci w wieku poniżej czterech lat masturbacji”. Zaglądam do dokumentu Standardy edukacji seksualnej w Europie. W związku z masturbacją w pierwszym okresie rozwojowym mamy kilka zaleceń. W dziale Seksualność, w obszarze „wiedza” („przekazać informację”) znajduje się punkt: „Radość i przyjemność z dotykania własnego ciała, masturbacja w okresie wczesnego dzieciństwa”. Mam, jak rozumiem, przekazać dziecku informację, że ciało może być źródłem przyjemnych odczuć i że to, co dziecko robi, dotykając narządów płciowych, to masturbacja. W dziale Umiejętności („nauczyć dziecko”): naucz dziecko rozmawiać o przyjemnych i nieprzyjemnych odczuciach dotyczących własnego ciała oraz wyrażać własne potrzeby, życzenia i granice…, na przykład w kontekście „zabawy w lekarza”. Powinnam w związku z tym uświadomić dziecko, że może takiej zabawy odmówić, jeśli źle się z nią czuje. Dział Postawy – pomóż dziecku rozwijać „pozytywne nastawienie w stosunku do własnego ciała i jego wszystkich funkcji”. Rozumiem, że to nieco inne zalecenia, niż nasze prawdziwie polskie nakazy i zakazy: „połóż rączki na kołdrze!”, „nie dotykaj siusiaka, bo ci odpadnie!”. Te są wyrazem miłości autentycznej, tamte – zagrożeniem i zachętą do pedofilii. Wszak w manifeście organizatorów akcji czytamy, że nowoczesna edukacja seksualna ułatwia pedofilom wykorzystywanie dzieci. Dość to przewrotne wnioski wyciągane z zaleceń WHO, by już w pierwszym okresie (0–4) uczyć „mówienia tak i nie”, rozwijać postawę świadomości własnych praw oraz tego, że „moje ciało należy do mnie”.
Niestety, organizatorzy „idą po całości”. Nie interesują ich działania zmierzające do tego, aby wychowanie seksualne w szkołach ewentualnie zmodyfikować tak, by lepiej odpowiadało polskiej specyfice kulturowej. Cóż, jestem w stanie zrozumieć, że lepsze wyniki osiąga się metodą małych kroków, więc dla naszego, bardzo pruderyjnego społeczeństwa niektóre standardy są niezrozumiałe, a skoro tak, to obraźliwe i „zdeprawowane”. Dobrze byłoby zidentyfikować te obszary, na które przeciętny obywatel reaguje lękiem. Mogę przyjąć, że przydałoby się we wszystkich przedszkolach i szkołach udostępnić rodzicom skrót owych standardów Światowej Organizacji Zdrowia i zaprosić ich do wspólnej rozmowy na ten temat. Zachęcałabym rodziców, szczególnie tych przerażonych pedofilią zagrażającą najmłodszym, do udziału w opracowaniu konkretnych programów wychowania seksualnego. Tak wyraziłaby się autentyczna miłość do polskich dzieci.
Niestety, lepiej jest najpierw tychże rodziców tumanić i straszyć, a następnie wzywać do iście miłosnego aktu rodzicielskiego, jakim jest odebranie dziecku możliwości uzyskania wiedzy o swojej seksualności, o możliwych zagrożeniach (również ze strony pedofilów) i o odpowiedzialnych postawach seksualnych. Oto skrót oświadczenia, do którego podpisywania nawołują organizatorzy akcji „Stop Pedofilii”:
„Oświadczam, że nie wyrażam zgody na uczestnictwo mojego dziecka (…) we wszelkich wydarzeniach organizowanych na terenie szkoły lub poza nią, których program w całości lub częściowo nawiązuje do wymienionych poniżej zagadnień: edukacja seksualna, antykoncepcja, profilaktyka ciąż wśród nieletnich i chorób przenoszonych drogą płciową (np. HIV i AIDS), dojrzewanie i dorastanie, równość, tolerancja, różnorodność, przeciwdziałanie dyskryminacji i wykluczeniu, przeciwdziałanie przemocy, LGBT, homofobia, tożsamość płciowa, gender”.
Są to bowiem, w niebywale pokrętnym umyśle osób (przepraszam umysł!), które w ten sposób chcą zatrzymywać pedofilów, „działania zahaczające o tematykę deprawacyjną”. Przy okazji uzasadnienia projektu zmiany Kodeksu karnego ci miłośnicy moralności obficie posługują się kłamstwem (przypominam, że to obraza Dekalogu, a wiec bodajże grzech śmiertelny…), na przykład utrzymując, że standardy WHO zakładają, iż „dzieci w wieku 6–9 lat mają umieć wyrażać zgodę na seks”. Jedyne, co znalazłam, mgliście zbliżone do tego pojęcia, to wezwanie, by pomóc dziecku rozwijać rozumienie pojęcia „akceptowalne współżycie/seks (odbywany za zgodą obu osób, dobrowolny, równy, stosowny do wieku i kontekstu, zapewniający szacunek dla samego siebie)”. Nie wydaje mi się, by zrozumienie pojęcia było równoznaczne z akceptowaniem czynu. Niestety, ta obawa, że jeśli ktoś coś rozumie, to na pewno zastosuje, prześladuje członków Fundacji Pro-life.
To właśnie w takim pokrętnym rozumowaniu leży źródło wszelkich lęków. Z nich zaś rodzą się zapewne obawy przed zyskaniem świadomości. W sytuacji, w której większość nauczycieli i edukatorów uważa, iż dla człowieka lepiej jest wiedzieć, inicjatorzy akcji wolą utrzymywać obywateli w stanie błogiej nieświadomości. I na przykład, nie chcą, by dzieci otrzymywały informacje o możliwości planowania i decydowania o rodzinie poprzez stosowanie antykoncepcji (cytując cz. II, Matrycę edukacji seksualnej, „podstawowe wiadomości dotyczące antykoncepcji”). Nawiasem mówiąc, tu także wkradło się ukochane przez domorosłych obrońców dzieci przekłamanie: przedstawiciele „Stop pedofilii” komentując ten fragment, używają sformułowania „otrzymują informację o różnych sposobach antykoncepcji”.
Matryca… zakłada, iż dzieci w wieku od 9 do 12 lat rozwijają postawę „akceptacji różnych sposobów wyrażania seksualności (pocałunki, dotykanie, pieszczoty itp.)”, jednocześnie zaś uczą się „odmowy podejmowania niechcianych doświadczeń seksualnych”. Zapewne byłoby to niedobre – lepiej, by nadal dwunastolatki podejmowały aktywność płciową (być może niechcianą) i zachodziły w ciążę…
Światowa Organizacja Zdrowia zaleca przekazywanie umiejętności „skutecznego stosowania prezerwatyw i środków antykoncepcyjnych w przyszłości”, co protestujący przeciw niej znacząco pomijają. Ich celem jest bowiem wyłącznie podsycanie lęków. Inicjatorzy piszą o „powszechności i bezkarności działań «edukatorów» seksualnych na terenie całej Polski”. Innymi słowy, nasz kraj zalała horda krypto-wrogów ludzkości. „Masowo oswajają dzieci i młodzież z treściami niszczącymi poczucie wstydu”. O zgrozo! Przecież my nadal chcemy, żeby nasze dzieci wyrastały w poczuciu, że wszystko, „tam pod”, jest źródłem grzechu, że nie wiedzieć czemu Bóg dał nam przyjemność cielesną, skoro to, jak się okazuje, jest złe…, to „wstyd” jest „naturalną ochroną przed wykorzystywaniem seksualnym”.
Ponadto edukacja seksualna prowadzi do „uzależnienia od seksu i pornografii”. Dawniej Polacy seksu nie lubili (widocznie dzieci faktycznie zawdzięczamy bocianom!), a przed pornografią uciekali jak diabeł przed święconą wodą (zapewne wyjątkami byli wszyscy ci rodzice, których „świerszczyki” podwędzaliśmy w dzieciństwie). Trzeba więc bronić cnoty i szczęścia polskich dzieci, ich prawa do życia w ignorancji, wstydzie i lęku. To ja się już chyba dobrowolnie poddam karze ograniczenia wolności za propagowanie zdrowego rozsądku.
Z ostatniej chwili: wspomniana Grupa Edukatorów Seksualnych Ponton opublikowała na swojej stronie stanowisko w sprawie „Poradnika dla rodziców i nauczycieli”, zamieszczonego na stronie „Stop Pedofilii”. Aktywiści Pontonu piszą:
„Naszym celem jest zapewnienie dzieciom i młodzieży bezpieczeństwa i środowiska wolnego od przemocy seksualnej. Dzięki nam młodzież zdobywa wiedzę na temat swoich ciał, relacji i bezpiecznych zachowań. Tymczasem najnowsza publikacja Fundacji PRO – Prawo do życia zrównuje nas z dewiantami; manipulując i kłamiąc, próbuje zastraszyć nas, rodziców i nauczycieli. Używa hasła «stop pedofilii», ale ponieważ odmawia młodzieży prawa do wiedzy, naraża ją na pedofilię. To skandaliczne, że organizacja, która w nazwie zawiera «prawo do życia», skazuje młodzież na życie pełne strachu, wstydu, krzywdy i przemocy”.
Źródła:
• https://www.bzgawhocc.de/fileadmin/user_upload/Dokumente/WHO_BzgA_Standards_polnisch.pdf [data dostępu: 29.05.2019].
• http://ponton.org.pl/stanowiska/stanowisko-grupy-ponton-w-sprawie-antyedukacyjnej-publikacji/ [data dostępu: 29.05.2019].